Piątki z depresją Wyznania osób chorych i bliskich

Powrót do korzeni, czyli od czego to się zaczęło? Część druga

W drugiej klasie liceum odwrócili się ode mnie wszyscy, z wyjątkiem dwóch osób-za co jestem im naprawdę ogromnie wdzięczna oraz za okazywane wsparcie i wyrozumiałość. Odwróciła się ode mnie nawet osoba, która była dla mnie niesamowicie bliska, a przynajmniej tak mi się wydawało. Długo nie mogłam sobie z tym poradzić, nie rozumiałam tego. Poczułam się wykorzystana i porzucona. Na początku próbowałam to sobie tłumaczyć w taki sposób, że jest w tym też moja wina, przecież stawałam się co raz bardziej skryta i wycofana. Dopuszczałam do siebie co raz mniej osób i sprawiałam wrażenie „wyłączonej” z życia. Ale z patrząc na to z drugiej strony: Czy w takim wypadku nie widziała, że coś jest nie tak? Zachowywałam się inaczej, znała mnie, wiedziała o moim problemach. Przyjaciele o siebie dbają. Możliwe, że to było dla niej za dużo. Może widziała, że coś jest nie tak, ale ta kwestia ją przerastała. Poczułam jakby ktoś wyrwał mi serce, nie miałam siły nawet płakać. Czas mijał, a ja czułam się co raz gorzej i gorzej. Po napisaniu matury, wbrew woli moich rodziców, postanowiłam zrobić sobie rok przerwy przed pójściem na studia. Moja mama nie rozumiała mojej decyzji i cały czas naciskała na mnie, żebym jednak złożyła papiery na jakiś warty uwagi kierunek studiów. Presja narastała, a wraz z nią moja frustracja i fatalne samopoczucie. Doszłam do momentu, w którym stwierdziłam, że nie chcę dalej żyć w ten sposób. Musiałam z tym w końcu skończyć. Pamiętam dokładnie ten dzień. Moja mama miała wtedy dzień wolny od pracy i przyrządzała coś w kuchni. Weszłam tam i powiedziałam, że musimy porozmawiać, ponieważ mam poważny problem. Usiadłyśmy na kanapie i wtedy głośno poprosiłam o pomoc. Zdecydowałam się na zmianę. Moja mama przez bardzo długi czas nie mogła dopuścić do siebie tej myśli, że jej dziecko jest w tak złym stanie psychicznym, jednak po uporaniu się z tym obiecała mi, że zrobi wszystko, żeby mi pomóc. Wcześniej wspomniana sytuacja miała miejsce w okolicach 2016 roku i wtedy też otrzymałam pierwszą diagnozę: depresja. Chyba do tamtego momentu nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji, bo poczułam się jakbym dostała czymś twardym w głowę. Miałam złudną nadzieję, że przez ten rok przerwy po maturze wszystko się zmieni i minie. Jednak jak się okazało to nie jest takie proste jakby się chciało, zderzyłam się z rzeczywistością. Musiałam wraz z moimi bliskimi udźwignąć ciężar tej choroby i zacząć walczyć o lepsze jutro. Rozpoczęłam terapię indywidualną, połączyłam wizyty u terapeutki z wizytami u psychiatry. Oboje jednogłośnie potwierdzili pierwotną diagnozę: de-pre-sja! Dostałam leki, jednak niestety nie trafiłam na tak „świetnego” lekarza jak głosiły to opinie: co 3 dni miałam zwiększać dawkę leku. I tak w ciągu niecałych dwóch tygodni z dawki 50mg doszłam do docelowej: 200mg. Lekarz argumentował to tym, że im szybciej dojdę do finalnej dawki leku, tym szybciej się wyleczę. Pamiętajcie! To tak nie działa! Wszystko musi przebiegać stopniowo i musi być na bieżąco kontrolowane. Czułam się gorzej niż fatalnie. Po około dwóch miesiącach, kiedy naprawdę już nie byłam w stanie funkcjonować i nawet pójście do toalety było dla mnie wyczynem, moja mama powiedziała „dość”. Udało jej się dostać z polecania numer do psychiatry, który jest znany z tego, że wyprowadza pacjentów właśnie z takich nieudolnych prób leczenia. Od pierwszej wizyty wszystko zaczęło iść w dobrym kierunku, a po miesiącu poczułam znaczącą poprawę samopoczucia. Mogłam powoli zacząć wracać do dawnego życia. Wróciłam do realizowania dawnych pasji, rozpoczęłam studia na Uniwersytecie. Od tamtego momentu minęło już prawie 2 i pół roku, a ja czuję, że jest stabilnie. Stabilizacja była czymś czego nie czułam przez prawie pięć lat. Z dnia na dzień czuję się co raz lepiej. Minęło już sporo czasu, a ja w końcu jestem szczęśliwa i udowodniłam sobie, że wszystko można osiągnąć ciężką pracą i determinacją.

Ewelina Kowalska