Piątki z depresją Wyznania osób chorych i bliskich

Powrót do korzeni, czyli od czego to się zaczęło? Część pierwsza

Wydaje mi się, że ten wpis powinien pojawić się jako pierwszy, a nie dopiero teraz. Jednak no cóż. Jak to mówią: lepiej późno niż wcale. Niezbyt często wracam do tego tematu, zwykle poruszam tą kwestię dopiero wtedy, kiedy naprawdę muszę lub w momencie kiedy bliska mi osoba prosi mnie o powiedzenie na ten temat kilku zdań. Nadszedł czas, żeby raz na zawsze z tym się rozprawić i powiedzieć: jakie wydarzenia w moim życiu sprawiły, że zaczęłam miewać stany długotrwałego smutku i apatii, a koniec końców zaczęłam leczyć się na depresję. W tym wpisie poruszę również kwestię tego w jaki sposób reagowało moje otoczenie oraz kiedy zdecydowałam się poprosić o pomoc. Moment, w którym rozpoczął się proces mojego ciągłego pogarszania się samopoczucia rozpoczął się w momencie kiedy byłam w pierwszej klasie liceum (2013 rok). Na rozpoczęcie działanie tego procesu miały oczywiście wpływ rzeczy i sytuacje, które działy się przez kilka lat tuż przed tym jak rozpoczęłam naukę w liceum. Cofnijmy się jeszcze wcześniej.

Gimnazjum. Burzliwy okres w życiu każdego nastolatka. Bycie nieśmiałą i niezbyt przebojową osobą nie sprzyja wpasowywaniu się w otocznie. Często byłam gnębiona i prześladowana przez swój wygląd (nadmiar kilku kilogramów, siedzenie na korytarzu z rysownikiem oraz oczywiście brak odwagi na odpowiadanie na zaczepki). Trwało to przez 2 lata, potem zaprzyjaźniłam się z moją aktualną najlepszą przyjaciółką i jakoś przetrwałyśmy ten okres. W międzyczasie moi rodzice ciągle się kłócili. Nieustające awantury, w które często mnie wciągali-robili ze mnie kartę przetargową: „Bo to ja więcej daje na dziecko! Kupiłem/kupiłam jej to, to i to! Zero wdzięczności!”. Między słowami przeplatały się wulgaryzmy. Żadne z nich do tej pory nie potrafiło tego przerwać. Za każdym razem jak już mieli składać papiery rozwodowe to nie wiadomo skąd, pojawiała się złudna obietnica poprawy. Oczywiście było to wspierane stwierdzeniem: jeżeli jeszcze raz dojdzie do określonych sytuacji to bezapelacyjnie jedziemy do sądu, złożyć pozew. Ile razy schemat się powtarzał? Nie wiem, chyba z 10 i tak jest już od kilku lat. Kiedy wracam myślami do tego okresu to chyba jednak najbardziej boli mnie brak wsparcia ze strony rodziców, brak czułości i okazywania ciepła. Mówiłam im o problemach z rówieśnikami, płakałam. Byłam co raz bardziej zamknięta w sobie i przygnębiona, a jedyne co od nich słyszałam to słowa: musisz poczekać do końca gimnazjum. Tak jak mówili, tak robiłam.

Liceum. W tym miejscu działo się wiele złych rzeczy. Zaczynając od kadry nauczycielskiej, kończąc na otoczeniu. Chora presja ze strony rodziców, którzy przelewali na mnie swoje niespełnione ambicje, głownie Mama. Ciągle chciała więcej i więcej. Wszystko oczywiście przeplatana ciągłymi awanturami i wyzwiskami. Więcej zajęć dodatkowych, więcej punktów na próbnej maturze, wybór najlepszej uczelni, innego kierunku. Dajesz z siebie 150%? Masz dawać więcej, od teraz masz dawać z siebie 250%. Przemoc psychiczna oraz mobbing stosowany przez pewnych nauczycieli (konkretnie dwóch: nazwijmy ich M i P) i… tutaj muszę się na chwilę zatrzymać. Jest to temat, o którym nigdy publicznie nie mówiłam, jedynie wspominałam o nim na terapii. Kiedy o tym piszę ciężko jest mi powstrzymywać łzy, psychiczna przemoc stosowana przy całej klasie oraz w osobistych rozmowach po zajęciach… Upokarzanie przed 25 osobami, kiedy stoi się przy tablicy i wszyscy na Ciebie patrzą. Ośmieszanie, cynizm i grożenie. Dochodziło do tego, że podczas przerwy przed zajęciami z jednym z tych dwóch nauczycieli, miałam silny atak paniki i siedziałam w toalecie próbując się uspokoić. Najsilniejszy lęk oraz obawy były przed zajęciami miałam po zajęciach z M.  Tuż po wyjściu z sali z jednym lub drugim nauczycielem zaczynały lecieć mi łzy, szybko je ocierałam, żeby nikt nic nie widział i nie miał kolejnego powodu do obgadywania i wyśmiewał. Chociaż tutaj jest ciekawa zależność. Podczas zajęć z nimi byli doskonałą widownią, śmiali się z tego jak byłam upokarzana co tylko dodatkowo napędzało M i P. Delektowali się tym. Natomiast po wyjściu z sali kiedy ktoś poruszał ten temat to mówili, że „Jest to przesada! Nie powinna tak mówić! Oni po prostu chcą nas w ten sposób zmusić do pracy na dobre wyniki z matury! Nie martw się, z czasem przestaną Cię dręczyć”. Ciekawostka na koniec tej części wpisu: nigdy nie przestały.

Ewelina Kowalska