Depresja Wyznania osób chorych i bliskich

Relacje osób z depresją

Osoby, które nigdy nie miały do czynienia z depresją w jakiejkolwiek formie – sami nie chorowali, ani nie chorował nikt z ich bliskich – nie do końca potrafią wyobrazić sobie, jak to jest mieć depresję. Dlatego poniżej zebraliśmy kilka historii osób, które zmagały się z tą chorobą. Zapraszamy do zapoznania się z doświadczeniami Doroty, Patrycji, Marty oraz Eweliny.


Zachorowałam trzy lata temu. Zaczęło się od pieczenia w klatce piersiowej i zawrotów głowy. Po wykluczeniu kilku chorób zostałam skierowana do psychiatry. Na początku leczenie przebiegało dobrze, choć co kilka miesięcy musiałam zmieniać leki. Pogorszyło mi się w listopadzie ubiegłego roku, poszłam na dłuższe zwolnienie. Już wtedy czułam, że koleżanki z pracy nieprzychylnie na mnie patrzą. W lutym wylądowałam w szpitalu psychiatrycznym, postawiono mnie na nogi. Chociaż podczas pobytu tam ciągle myślałam o tym jak będą mnie traktować inni ludzie po moim pobycie w szpitalu psychiatrycznym. Podczas pracy w terenie (byłam pracownikiem socjalnym) spotkałam się ze zrozumieniem i współczuciem. Gorzej było ze współpracownikami i kierownikiem. Po powrocie do pracy byłam traktowana jak powietrze, nikt ze mną nie rozmawiał. Usłyszałam, że powinnam się zająć przerzucaniem śniegu, a nie szukać sobie choroby. Jak wracałam do domu to ciągle płakałam, nie mogłam zrozumieć, dlaczego jestem tak traktowana w miejscu, gdzie udziela się wsparcia. Po kilku tygodniach nie dałam rady i złożyłam wypowiedzenie po dziesięciu latach pracy. Do dzisiaj nie mogę się po tym pozbierać. Uwielbiałam tą prace i myślałam, że ze współpracownikami się przyjaźnimy, ale jak potrzebowałam wsparcia to zostałam odrzucona. Od tego momentu minęło dziewięć miesięcy. Spędziłam je w łóżku. Nikt ze znajomych z pracy się ze mną nie kontaktuje. Mam zdiagnozowaną depresję lekooporną.

~Dorota, 34 lata


Była wiosna, kończyłam gimnazjum, ze średnią ocen pięć i pół. Angażowałam się w wiele działań, miałam wokół siebie wielu ludzi, akurat weszłam w nowy związek. Wszystko się układało, a ja wciąż byłam smutna. Brakowało mi siły na cokolwiek, nic nie sprawiało mi przyjemności. Przestałam poświęcać jakąkolwiek uwagę moim dotychczasowym zainteresowaniom. Ze względu na to zaczęłam regularnie uczęszczać na spotkania z psychologiem. Psycholog zasugerowała, że mogę mieć depresję i skontaktowała się z moją mamą. Nie tak łatwo było ją przekonać, aby poszła ze mną do psychiatry. Taki specjalista kojarzył jej się ze wszystkim, co najgorsze. Ale zrobiła to dla mnie. Lekarz od razu postawił diagnozę – depresja. Dostałam leki przeciwdepresyjne. Całe wakacje spędziłam w łóżku. Codziennie bardzo chciałam gdzieś wyjść, ale siły starczało mi jedynie na umycie włosów i ubranie się. Te czynności wystarczały, abym czuła się totalnie wyczerpana. Nie miałam apetytu, bardzo schudłam. Po wakacjach – nowa szkoła. Długo czekałam na to, by znaleźć się w liceum. Ale niestety nie potrafiłam nawiązać żadnych relacji z ludźmi, mimo mojej absolutnej otwartości na nich. Wszystko mnie drażniło, agresywnie reagowałam na każdy najdrobniejszy problem. Wiedziałam, że gdyby wiedzieli o mojej chorobie i rozumieli ją to mogłoby dużo zmienić. Na pewno byłoby łatwiej zarówno mnie, jak i i im. Ale byłam pewna, że mimo iż była to jedna z renomowanych szkół warszawskich, gdzie poziom wiedzy i tolerancji jest dość wysoki – nie byliby w stanie zrozumieć i zaakceptować mojego problemu. Pod koniec pierwszej klasy liceum pokłóciłam się o coś z mamą, to była kompletna błahostka. Jednak to wystarczyło, żebym uznała, że nie mam siły dłużej żyć – tak działa choroba – wszystko urasta do rangi dramatu, problemu nierozwiązywalnego i przysłaniającego jakąkolwiek przyszłość. Wykorzystałam do tego leki, które brałam dotychczas. Wsiadłam w autobus miejski i zaczęłam brać tabletki, jedna po drugiej. Dojechałam na pętlę niedaleko swojego domu i usiadłam pod drzewem, bo nie byłam już w stanie nigdzie iść. Znalazł mnie mój chłopak. Wstałam, ale mój chód niczym nie różnił się od tego reprezentowanego przez osoby nadużywające alkoholu, które spotykamy na ulicach. W domu zadbano, abym wypiła odpowiednią ilość wody. Udało mi się zwymiotować. Moja mama zadzwoniła po pogotowie. Najpierw – ku mojemu zdziwieniu – przyjechała policja. Później dowiedziałam się, że to normalne w tego typu sytuacjach. Chwilę później pojawiło się pogotowie. Wszyscy byli bardzo mili, wykazali się ogromną empatią i zrozumieniem. Ze względu na obowiązki służbowe mojej mamy, nie mogła pojechać ze mną do szpitala na konsultację psychiatryczną. Ratownicy wyrazili zgodę, abyśmy zrobiły to później, bez ich udziału. Odwiedziłyśmy izbę przyjęć w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Było tam spokojniej niż w jakimkolwiek innym szpitalu. Tutaj również wszyscy byli bardzo sympatyczni – czułam się naprawdę dobrze i swobodnie. Na szczęście mój stan nie wymagał hospitalizacji. Wróciłam do domu. Uczęszczałam później przez kilka lat na psychoterapię – zarówno indywidualną, jak i grupową. Leki antydepresyjne przyjmowałam tylko przez rok, później korzystałam wyłącznie z psychoterapii. Choroba minęła całkowicie. Wiadomo, że czasem zdarzają się gorsze dni i różne symptomy wracają, ale tylko na chwilę, bo dzięki psychoterapii wiem już jak sobie z nimi radzić.

~Marta, 21 lat


Moja przygoda z depresją pojawiła się podczas innej przygody, zwanej Erasmusem. Wyjechałam na studia za granicę, musiałam dbać o siebie sama. Rodzina była daleko. Nowy język, nowe otoczenie, nowe (trudne i przytłaczające) obowiązki, a do tego ciągnący się już od dwóch lat toksyczny związek. Zaczęło się niepozornie – stres przed zajęciami, bezsenność, nerwowość, które jednak niedługo później wzbogaciły bezsenność, problemy z jedzeniem, ciągłe osłabienie i różne fizyczne przypadłości, takie jak nietrzymanie moczu, wymioty i inne urozmaicenia. Nie jadłam, ale nie czułam wielkiego głodu – paczka papierosów dziennie robiła swoje. W międzyczasie przyjechałam na święta do domu. Wszyscy widzieli, że schudłam, ale przypisywali to magii życia studenckiego, w którym najedzenie się było równoznaczne z narodzinami trojaczków pandy (właśnie to wygooglowałam, przepraszam za porównanie). Jedyną osobą, która zauważyła, że chodzi o coś poważniejszego, była ciocia, która od lat zmaga się z nerwicą. Zachęciła mnie do pójścia do psychologa, potem psychiatry. Dzwoniła kilka razy dziennie, motywowała, pytała, czy zjadłam. Zgłosiłam się do psychologa, polecono mi dobrego psychiatrę dla studentów, dostałam antydepresanty i w ciągu dwóch miesięcy wróciłam do siebie. Niestety w wyniku zbyt pochopnego odstawiena leków miałam już krótki, miesięczny nawrót depresji, ale wróciłam do leków i jest OK.  

~Patrycja, 23 lata


Liceum. W tym miejscu działo się wiele złych rzeczy. Zaczynając od kadry nauczycielskiej, kończąc na otoczeniu. Chora presja ze strony rodziców, którzy przelewali na mnie swoje niespełnione ambicje. Przemoc psychiczna oraz mobbing stosowany przez pewnych nauczycieli. Dochodziło do tego, że podczas przerwy przed zajęciami z tym nauczycielem miałam silny atak paniki i siedziałam w toalecie walcząc z efektami stresu. W 2 klasie liceum odwrócili się ode mnie wszyscy, z wyjątkiem dwóch osób. Opuściła mnie nawet osoba, która była dla mnie niesamowicie bliska. W okolicach 2016 roku otrzymałam pierwszą diagnozę: depresja. Jednak zanim zaczęłam brać leki minęło trochę czasu. Po napisaniu matury, wbrew woli moich rodziców, postanowiłam zrobić sobie rok przerwy przed pójściem na studia. Wtedy głośno poprosiłam ich o pomoc. Moja mama przez bardzo długi czas nie mogła dopuścić do siebie tej myśli, jednak po uporaniu się z tym obiecała mi, że zrobi wszystko, żeby mi pomóc. Dostała od znajomej kontakt do polecanej terapeutki. Natomiast od terapeutki dostałam namiary do podobno „świetnego psychiatry”. Rozpoczęłam terapię indywidualną, połączyłam wizyty u terapeutki z wizytami u psychiatry. Oboje jednogłośnie potwierdzili pierwotną diagnozę: de-pre-sja!. Dostałam leki, jednak niestety nie trafiłam na „świetnego” lekarza: co 3 dni miałam zwiększać dawkę leku. I tak w ciągu niecałych dwóch tygodni z dawki 50mg doszłam do docelowej: 200mg. Argumentował to tym, że im szybciej dojdę do finalnej dawki leku, tym szybciej się wyleczę. Czułam się gorzej niż fatalnie. Po ok dwóch miesiącach, kiedy naprawdę nie byłam w stanie funkcjonować i nawet pójście do toalety było dla mnie wyczynem, moja mama powiedziała „dość”. Udało jej się znaleść kontakt do psychiatry, który jest znany z tego, że wyprowadza pacjentów właśnie z takich nieudolnych prób leczenia. Od pierwszej wizyty wszystko zaczęło iść w dobrym kierunku. Od tamtego momentu minęło już prawie 2 i pół roku, a ja czuję, że jest stabilnie. Stabilizacja była czymś czego nie czułam przez prawie pięć lat. Z dnia na dzień widzę poprawę mojego samopoczucia. W końcu zaczynam wracać do normalności i być szczęśliwa.

~Ewelina, 22 lata


Opracowała: Magda Burczyńska – studentka Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego